Minister Rutnicki nie ma racji

Ten tekst nie jest wymierzony w sympatyków sportów motorowych ani w samą ideę rozwoju infrastruktury – czy to lotnisk, czy torów wyścigowych. Wręcz przeciwnie. Zarówno sport, jak i nowoczesna infrastruktura transportowa są naturalnym elementem rozwoju gospodarczego i społecznego. Problem nie leży w ich istnieniu. Problem leży w sposobie, w jaki państwo i jego instytucje zarządzają przestrzenią, podejmują decyzje administracyjne i – co najważniejsze – jak później próbują uchylać się od odpowiedzialności za ich skutki. To nie mieszkańcy „budują się przy hałasie”. To państwo wydaje decyzje, które dopuszczają zabudowę mieszkaniową w określonych lokalizacjach – czy to dla dewelopera realizującego osiedle, czy dla pojedynczego obywatela budującego dom.

Prawo jest jasne, a odpowiedzialność leży po stronie państwa. W ostatnich dniach znów wraca temat hałasu z torów wyścigowych i lotnisk. Pojawia się argument, który brzmi jak z kiepskiego kabaretu: „zbudowałeś się koło toru – to nie marudź”. Tym razem padł on z ust ministra, który najwyraźniej zapomniał, jak działa polskie prawo planistyczne i budowlane. Nie ma tu miejsca na tanie „a bo to ty się zbudowałeś”. Jest za to twardy fakt: w Polsce obowiązują precyzyjne procedury, które decydują, czy na danej działce można postawić dom mieszkalny. Decyzja o warunkach zabudowy (WZ) albo miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego (MPZP) to nie jest loteria. To akt administracyjny wydawany przez państwo. Wydając go, państwo mówi obywatelowi: „Ten teren nadaje się do zamieszkania. Warunki środowiskowe – w tym poziom hałasu – są spełnione lub można je spełnić”.Za ocenę tych warunków odpowiadają konkretne instytucje: starostwo, wojewoda, organy ochrony środowiska (w tym GIOŚ i RDOŚ), czasem sanepid. One pobierają opłaty, analizują dokumentację, wydają opinie i w końcu – pieczątkę. Obywatel nie jest od tego, żeby sam oceniał, czy 70 dB w nocy to jeszcze „normalnie”, czy już nie. On ma prawo zaufać decyzji państwa.
A teraz minister mówi: „Zbudowałeś się koło toru wyścigowego – sam sobie jesteś winien”.
To nie jest tylko błąd logiczny. To jest jawne podważanie zasady zaufania do państwa i zasady pewności prawa. Jeśli państwo wydało decyzję o warunkach zabudowy na terenie sąsiadującym z torem, to państwo wzięło na siebie odpowiedzialność za to, że tam da się normalnie żyć.
Nie odwrotnie. Normy hałasu nie są wymysłem mieszkańców. Są uregulowane rozporządzeniem Ministra Środowiska z dnia 15 października 2013 r. w sprawie dopuszczalnych poziomów hałasu w środowisku (z późn. zm.). Są graniczne wartości dla terenów zabudowy mieszkaniowej jednorodzinnej i wielorodzinnej. Jeśli tor je przekracza – to tor ma problem, a nie właściciel domu stojącego na podstawie legalnej decyzji administracyjnej. Gdyby minister miał rację, to całe polskie prawo planistyczne należałoby wyrzucić do kosza. Bo po co w ogóle wydawać WZ i MPZP? Po co badać uciążliwość? Po co opiniować oddziaływanie na środowisko? Skoro i tak ostatecznie liczy się tylko to, że „ktoś się zbudował bliżej”? Logika ministra prowadzi do jednego wniosku: albo państwo ma obowiązek gwarantować, że teren oznaczony jako mieszkaniowy jest mieszkalny (w tym akustycznie), albo zmieniamy prawo na zasadę „buduj na własne ryzyko”. Wtedy obywatel sam sprawdza pomiary hałasu, sam negocjuje z operatorem toru i sam ponosi konsekwencje. Bez decyzji administracyjnej, bez zaufania do państwa, bez odpowiedzialności organów. Tylko że wtedy trzeba to jasno napisać w ustawie. A nie wciskać obywatelom po fakcie, że „sam sobie wybrałeś”. Sprawa toru w Poznaniu – ale nie tylko (sic!) jest tu najlepszym przykładem. Dzięki interwencji Ministerstwa Sportu, Automobilklubu Wielkopolskiego i GIOŚ tor pozostaje otwarty. Ale to nie zwalnia nikogo z obowiązku przestrzegania norm hałasu na terenach mieszkaniowych, które państwo samo zatwierdziło. Panie Ministrze, prawo nie działa od przypadku do przypadku. Nie działa też zasadą „kto pierwszy, ten lepszy” (tor był wcześniej – więc mieszkańcy mają pecha). działa zasadą: państwo wydaje decyzję – państwo bierze odpowiedzialność. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to nie obywatele powinni zmieniać miejsce zamieszkania. To minister powinien zmienić resort albo chociaż podręcznik do prawa administracyjnego.